Minęły trzy miesiące od tego wypadku na koncercie w którym Harry wyszedł z szpitala. Chodził wraz z Louisem do psychologa, nadal nie chciał nic z siebie wydusić, siedział w tym gabinecie cicho jak myszka pod miotłą z pochyloną głową. Nie odpowiadał na pytania które zadała pani doktor. Kiedy pokazywała mu obrazy i się pytała co na nich widzi odpowiedział cichym westchnieniem. Oczywiście Louis siedział na korytażu i czekał na niego. Miał nadzieję, że te wizyty mu pomogą jednak za każdym razem wydawało mu się to bez senowne bo cały czas słychał "Niestety nie udało się nic z niego wyciągnąć, może następnym razem. Przykro mi..." i tak przez całe dwa miesiące. W końcu pozwolił Harremu zostać w domu i nie chodził już na te wizyty. Całymi dniami siedział w pokoju z nikim nie rozmawiał. Na koncertach bywał nie obecny, nie chciał się widywać z fanami. Chłopcy bardzo się o niego martwili, nikt nie wiedział co się dzieje z nim. Nie potrafili nawet z nim porozmawiać bo albo nic nie odpowiadał albo ich ignorował lub wypowiadał tylko te słowa "Tak", "Nie", "Może".. Nic więcej, jedna i ta sama gadka.
-Harry- chłopak nawet się nie odwrócił, gdy usłyszał wypowiedziane przez Naila jego imię.-Może porozmawiamy dzieisaj? Martwimy się o ciebie Harry, nie wiemy co się z tobą dzieje. Powiedz, przecież nie możesz wiecznie siedzieć w tym pokoju i to w zamknięciu i schować się przed całym światem, to nic nie da Hazz.- jednak on nic na to nie odpowiedział leżał w swoim łóżku patrząc tępo w ścianę. Nail sobie odpuścił i wyszedł z pokoju zostawiając go znowu samego. Harry podszedł do biórka i wyciągnął z szuflady małe pudełeczko i usiadł ponownie na łóżku. Przez chwilę się wachał ale otworzył je a w niej była mała ostra metalowa mlaszka. Żyletka. Wziął ją do ręki i przyłożył do skóry przy nadgarstku. Jedno cięcie, drugie cięcie, trzecie, czwarte.. I tak cały czas, miał już całą rękę zakrwawioną, krew kapała jak woda z kranu. Dawało mu to ulgi w cierpieniu nie czuł się taki zraniony i samotny. Popatrzał tak przez chwilę jak krew z niego spływa i po chwili zakrył te rany bandarzem i schował pod rękaw by nikt nie zauważył. Wyszedł w końcu z pokoju i zszedł do kuchni by coś zjeść mimo, że nie miał na to ochoty ale nie chciał by ktokolwiek przyszedł znowu do pokoju z jedzeniem i truł życie jakimiś frazami, że ma normalnie żyć i nie zadręczać się problemami. Jednak nie wiedzieli co się w jego głowie dzieję, nie wiedzieli dlaczego to robi i dobrze, że o tym nie wiedzą, gdyby się dowiedzieli brzydzili by się nim, wyrzucili z zespołu a tego nie chciał, tylko to dawało mu jeszcze sens życia. Gdyby go wyrzucili to jego życie ległoby w gruzach i już nigdy nie był by szczęśliwy. Muzyka to było jego rzycie, ale osoba którą kochał także. Nie wiedział jak ma sobie z tym poradzić, przecież nie powie Louisowi, że go kocha mógł by się wystraszyć a tego by nie chciał.
Na koncercie, jak zawsze stał na scenie z mikrofonem i śpiewał dla fanów. Harry tego dnia był zupełnie nie obecny, gdy widział jak Lou świetnie się bawi, chłopacy z jego zespołu jak się świetnie bawili a on jedyny z nich z przyklejonym smutkiem na twarzy myśląc tylko o śmierci. W pewnym momencie nie wytrzymał i wybiegł z sceny i zamknął się w szatni, gdzie z kieszeni wyciągnął żyletkę i zaczynał robić sobie kreski na żyłam. Tym razem zdecydował. Nie chciał tak dłużej żyć, nie chciał żyć jako chłopak który się zakochał w chłopaku. Nie chciał tego, on chciał być normalny jak każdy inny. Nienawidził siebie za to, nie nawidził każde uczucie które nim opanowały gdy widzi i myśli o Lou. Harry podciął sobie żyły i patrzał jakkrew spływa po jego ręcę a potem spada dużymi kropelkami na ziemię, wziął jeszcze liścik i długopis.
Chłopcy!!
Bardzo was przepraszam za dzisiaj ale ja już po prostu nie mogę tak żyć,
po prostu tak już dłużej nie potrafię, to jest dla mnie za dużo nie chce was
stracić więc muszę odejść, muszę odejść bo nie nawidzę siebie za
swoje uczucia którymi darzę pewną osobę, nie chce tego nie jestem taki
nie chce taki być. Chcę być normalny jak każdy inny, ale nie jestem więc
postanowiłem z tąd odejść na dobre
Przepraszam Hazz
Położył list obok siebie i czekał na śmierć, by go zabrała gdziekolwiek byle z daleka od miejsca. Nagle ktoś próbował do szatni wejść, jednak nie mógł bo Harry zamknął drzwi na klucz. Dobijał się i krzyczał, to był krzyk Louisa wołał by otworzył ale nie chciał, on chciał umrzeć a gdyby otworzył tp by się nie udało. Usłyszał głuchy huk i przez mgłę zobaczył kogoś jak krzyczy na niego a po chwili zaczyna płakać i bierze go na ramiona, później już nic nie pamiętał.
Louis gdy wszedł a raczej wywarł drzwi i zobaczył Harrego na ziemi zaczął krzyczeć a później płakać, znowu to zrobił ale tym razem ostatecznie. Płakał na ten widok nie mógł sobie tego wybaczyć to jego wina, że nie zabrał go do tego psychologa, że nie chodził z nim regularnie, jeszcze ta ucieczka z sceny. Nie mógł sobie tego w głowie już poukładać, wziął chłopaka na ręcę i zabrał go. Liam zadzwonił po pogotowie, przyjechali po pięciu minutach i go wzięli. Louis siedział na murku i gorzko płakał.
-Lou- odezwał się Zayn i położył mu rękę na ramię- nam też jest ciężko, ale najwyższy czas byś mu o tym powiedział, o tym co do niego czujesz.
-Zayn, wiem że muszę ale to jeszcze nie ten czas, chce by wyzdrowiał, jak mu powiem będzie ino gorzej.- Zayn poklepał go po ramieniu i podarował mu liścik.
-To leżało na podłodze tuż obok niego.- wziął go i zaczął czytać a chłopak zostawił go już samego. Po przeczytaniu poleciał do samochodu i pojechał do szpitala.